Wiatr wiejący mi w plecy przygiął je do ziemi. Ramiona mam takie ciężkie. Zmęczenie. Ale zupełnie nowe. Głowę mam lekką, uśmiecham się do swojego domu, rozdrażniona bywam, ale rzadziej. Tylko jeszcze głupota ludzka czasem mnie rozpala. Mam ochotę naprawić świat cały. Idiotka. Kto dziś tego potrzebuje?
Małymi kroczkami projektuję i wprowadzam zmiany w domu. Siedziałam cicho i nic tu nie pisałam, ponieważ rozszarpana na dwie części przez remont i konkurs nie miałam sił. W przypływie jakiejś absurdalnej, obłąkańczej i kompletnie bezsensownej myśli postanowiłam własnoręcznie doprowadzić kuchnię do stanu "jak-ja-kocham-to-miejsce". Sufit zerwałam, zaszpachlowałam gdzie było trzeba, gładzią zaciągnęłam, dotarłam, pomalowałam, tapetę w różowe różyczki zawiesiłam, stolik zawisł (tworząc kącik do kawy i szybkiego śniadania), blat się nowy pojawił i jest.. jest cudnie! W końcu powieszone zostały obrazy, które stały od dwóch lat kurząc się, i czekając na swoją kolej. Nowy stolik do salonu też się zmaterializował.
W połowie tego szału, pomiędzy docieraniem a malowaniem sufitu zaczęłam wątpić we wszystko. Tylko włosy mi się spodobały. Całe zasypane pyłem, sztywne i twarde optycznie zwiększyły swą objętość. Siedząc na schodkach przed domem, i paląc nie-wiem-już-którego fajka, z farbą pod paznokciami poczułam, że to jednak jest szczyt debilizmu. Po cholerę babie się za to brać? HA! I teraz już wiem po co! Ano po to, żeby dziecko wtupało w środek poodcinanych resztek tapety, zadarło opatrzoną w tabun długich kudłów (do pupy) głowę i zawyło z radością: "Mamusiu, jak pięęęknieee!"
Teraz pozostaje mi tylko parapetówę-kuchenną zrobić.
Wejściówki w postaci kwiatów doniczkowych składać należy na ręce Pani Domu.
A tak serio, to odczuwam silną potrzebę wychylenia z kimś butelczyny wytrawnego.