|
A może by tak zrobić wymianę? Może chcecie dać mi coś w zamian? Trochę smutków, kamyków słów, bibułek wspomnień, kilkanaście uśmiechów na tydzień? Zapraszam...zielonykasztanek@gmail.com
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
czwartek, 02 lutego 2012
"Umrzeć - tego nie robi się kotu. I żadnych skoków pisków na początek."
sobota, 14 stycznia 2012
Właśnie tak.. Może się w końcu uda. Do końca. Rozpływam się przy Nim. Kompletnie nowa jakość relacji, uczuć, rozmów, bycia.. Wpadłam po uszy. Z pełnym spokojem, bo co złego może się nam przydarzyć? Mimo iż znam go całe swoje życie jest dla mnie kompletnie nowym człowiekiem. I kocha mnie! Kocha, kocha, kocha…
Kocham.
wtorek, 03 stycznia 2012
Dwanaście godzin pracy ciągiem. Właśnie skończyłam i w gruncie rzeczy powinnam być zniechęcona do komputera. Ale tu teraz tak fajnie. Nosowska skrzeczy, miałczy i mruczy. Papieros dogasa (Tusi nie ma). Ciemno i ciepło.
.."gada woda i sitowie, że my mamy się ku sobie"....
piątek, 23 grudnia 2011
Jeszcze jest za wcześnie bym się uspokajała. Nie dla mnie związek z rozsądku. Niech jeszcze coś poczuję. Niech mnie szarpie. Niech zapłonę. Niech się stanie... [Kocham tę dziewuchę. To, co się dzieje od 4: 52 to jest koniec. Na drobne kawałki mnie rozpieprza. Oiecką uwielbiam za teksty ale dramaturgia którą stworzyła Nosowska mnie zniszczyła.]
niedziela, 27 listopada 2011
poniedziałek, 07 listopada 2011
Wiatr wiejący mi w plecy przygiął je do ziemi. Ramiona mam takie ciężkie. Zmęczenie. Ale zupełnie nowe. Głowę mam lekką, uśmiecham się do swojego domu, rozdrażniona bywam, ale rzadziej. Tylko jeszcze głupota ludzka czasem mnie rozpala. Mam ochotę naprawić świat cały. Idiotka. Kto dziś tego potrzebuje?
poniedziałek, 24 października 2011
Szapocznikow mnie wzrusza niezmiennie. Pobudza wyobraźnię. I kolejny przykład tego jak docenia się wybitnego artystę. Długo po jego śmierci.
"Lampy - usta" abażury Aliny Szapocznikow,ok. 1966 r. Fot. Charles de Borggraef
środa, 05 października 2011
niedziela, 25 września 2011
sobota, 24 września 2011
Dziś był ten poranek. Ten wymarzony, wyczekiwany, pierwszy. Wsiadłam rano na rower, okręciłam się różowym szalem, założyłam granatowy płaszcz i ruszyłam po razowca na śniadanie. Słońce nieśmiało wyciągało promienne ramiona do ziemi, chłód poranka różowił mi policzki gdy wtem ! poczułam zapach pierwszego dymu z komina. To z tego malutkiego domku, gdzie rosną spóźnione słoneczniki. Ruda przeleciała 3metry przed moim kołem. Wszechogarnia zapach liści. Mam ochotę położyć się na ziemi i wdychać ten zapach. Marzy mi się piękny, gruby brulion. (widziałam nową kolekcję moleskine, ehh..) Zaczynam nowe. Czuję w sobie siłę, pęd do zmian, na lepsze. Pragnienie nowej jakości życia. Wytłumiłam ciemną stronę, łapię wiatr w żagle. Zaczynam doceniać te elementy codzienności, na które spuściłam ostatnio zasłonę obojętności. Blask Tusiakowych włosów pod szczotką(dokładnie takich samych jak moje), miękkość bluzki zakładanej na nagie ramiona, sprężystość skóry, smak herbaty, napięcie mięśni, zamyślone pojrzenie dziecka za oknem, zapachy, dźwięki, obrazy. Codzienność nigdy jeszcze nie miała dla mnie tylu odcieni.
poniedziałek, 19 września 2011
Spadają liście, wszędzie pełno żołędzi a ja szukam kasztanów. Drzewa chorują, troche jak ja ostatnio. Ale czuję, że nadchodzi lepszy czas. Jesień zbawczo na mnie wpływa. Dziś jadąc na rowerze przez alejki zasypane liśćmi poczułam, że jest mi dobrze. I znalazłam kasztan. Z kolcami. Był na pół rozłupany, toteż przy niewielkim wysiłku wyłuskałam idealnie gładki, chłodny, brązowy kształt. I jechałam z nim w dłoni, uśmiechając się do siebie. Zmarzłam i zapragnęłam ciepłej zupy. Moja kuchnia jedynie wie, jak dawno nie gotowałam zup. Jeśli tak jak ja, macie ochotę na gorącą, rozgrzewającą gęstą zupę-krem to dzielę się poniżej dzisiejszym pomysłem. Z tego co miałam pod ręką. Wyciągamy rosołowe, wrzucamy do garnka i zalewamy wodą. Gotujemy. Gdy woda zrobi się gorąca wsypujemy sól. [KAŻDY powinien mieć rosołowe w domu. ZAWSZE :P A jeśli nie ma to zakupuje kawałki kurczaka, tłuste. Ja wybieram korpusiki na wywar.] Jak się mięsko zacznie rozpadać wyławiamy je i na to konto wrzucamy obranego, pozbawionego pestek i pokrojonego w kostkę kabaczka, pokrojoną w grubą kostkę cebulę, i dwa ząbki czosnku. Czekamy aż kabaczek porządnie zmięknie. Wyławiamy, wrzucamy do blendera, miksujemy z 150ml wywaru. Dorzucamy łyżkę masła (można pominąć) i kostkę serka topionego (tego co to ciężko go wyjąć z papierka). Przelewamy z powrotem do pozostałego w garnku wywaru (który radośnie bulgocze na małym ogniu). Następnie do blendera wrzucamy zawartość puszki z pomidorami. Miksujemy, dodajemy do garnka z kabaczkiem i spółką. Trzeba zagotować całość. Dodajemy pieprz, paprykę ostrą (ale nie chilli, zaufajcie mi), imbir (jeśli mamy por ręką świeży to ścieramy go odrobinę, tak z 2-3mm, jeśli mamy sproszkowany to wrzucamy solidną szczyptę ;) ),pół małej łyżeczki cukru, próbujemy i dodajemy co nam się podoba. Mi najlepiej takie zupy smakują w kubku z grzankami.
piątek, 16 września 2011
Tuśka zjadła już ze smakiem swoją kaszkę. Zrobiłam sobie kanapkę. Z żółtym serem. Polałam ketchupem. Niam niam..
niedziela, 11 września 2011
Potrzebuję na gwałt około dziewięćdziesięciutrzech kilogramów gliny rzeźbiarskiej. Może być już ukształtowana.
Kurwa. Trochę tęsknię.
sobota, 10 września 2011
Układając głowę na wieczornej poduszce, wypełniałam się dobrą myślą. Planowałam dzień następny z zapałem i polotem. Czarną satynę snu, która miała przynieść ukojenie i wypoczynek poprzecinała bezsenność. Obudziłam się po dwóch godzinach zmęczona. Czekałam patrząc na zegar. Przeszłam przez zagraconą kuchnię do łazienki, w której wanna i umywalka oślepiły mnie na wstępie perfekcyjną bielą. Jak już coś robię to musi być idealnie. Fokusuję się na tych elementach i to przynosi mi spokój. Staram się nie dostrzegać bałaganu poza łazienką. Od trzech dni jadam śniadania. Razowy z soją, prawdziwe masło (83%), pełnotłuste do kawy. Centralnym elementem domu stała się kanapa. Jest nienasycona. Ledwo dotknę jej swoim ciałem-już otacza mnie, wchłania, kusi poduszkami, daje sen. Ołowiane ciało i umysł dają się łatwo złapać. Ruda codziennie przed ósmą przebiega mi drogę. Zatrzymuje się na chodniku, chwilę mierzy mnie i Tuś. Potem wskakuje na furtkę, rzuca drwiące spojrzenie machnąwszy kitą nad tabliczką „UWAGA ZŁY PIES” i znika. Zazdroszczę Rudej.
piątek, 09 września 2011
popadła znów w swoje wegetatywne istnienie; nie sięgała wzrokiem poza ten ciasny horyzont, Tyle tygodni, miesięcy, tylelattyle.. Podstępna choroba. Leczona epizodycznie. O-bja-wo-wo. "Zmieniłaś się". Sinusoida.
środa, 31 sierpnia 2011
wtorek, 30 sierpnia 2011
Mimo silnej presji społeczeństwa w gruncie rzeczy jestem chyba jednak grzeczną dziewczynką i czas się do tego przyznać. Bezsenność przetrzymała mnie do pierwszego porannego promyka, który przedzierał się przez zasłonięte okna. Gdybym była niegrzeczną dziewczynką, to o drugiej nad ranem nie odmówiłabym porządnego zaciągnięcia się specyfikiem, który zazwyczaj mnie usypia zamiast pobudzać. Telefon mi się zepsuł, budzik nie zadzwonił, dziecko prawie się spóźniło do przedszkola.. Prawie bo w efekcie wcale do niego nie dotarło. Samochód stoi sobie grzecznie na kapciu, a koło zapasowe spuściło z siebie powietrze, nie uprzedzając mnie o tym. Grzeczna dziewczynka zaklęła na to siarczyście, wyciągnęła dziecko z samochodu i miętusa z paczki. Dziecko wsadziła do domu a miętusa do ust i zaciągnęła się bez przyjemności. Poniedziałek. Nowy tydzień czas zacząć. Si-wi sobie powysyłam, a co. Niech mam.
sobota, 27 sierpnia 2011
Miałam się zabarykadować w domu i nosa nie wystawiać. Udawać, że umarłam i że mnie nie ma. Ale tak się strasznie zezłościłam sama na siebie, na to moje skamlenie, marudzenie, narzekanie, wyjcowanie itp. bez rozsądnej przeciwwagi, że położyłam w środku dnia Tusialindę spać i zaraz ją budzić będę, bo w planie jest siedzenie na Saskiej i podpatrywanie stadionowych iluminacji podlewane sokami i napojami gazowanymi. Kanapki z nutellą będą też. I na znak, że mi się humor przestawił na kompletnie inną stronę to ja zostawiam muzyczny kawałek kompletnie nieklasyczny i małosmyczkowy. Niedżezowy. I to nie o słowa chodzi, tylko o tych chłopaczków. Jak ja bym chciała mieć naście lat i ten luz w oczach TU
piątek, 26 sierpnia 2011
Ciężko jest pisać pod wpływem silnych emocji i wzruszeń ale postaram się. Muszę tylko postarać się pozbyć obrazów które mam przed oczyma.. Mówiłam już o tym, że muzyka ma na mnie niesamowity wpływ. Może dowolnie zmieniać mój nastrój, śmiech przemieniać w łzy, refleksję w chwile ekspresyjnych szaleństw. Dziś zostawiam Wam utwór, który jest częścią soundtracku do filmu Jane Champion z 1993 roku. Mam na myśli „The piano”. Przyznam się Wam do czegoś, do czego jeszcze się nie przyznałam nikomu-nie widziałam tego filmu. Dostałam kiedyś płytę z soundtrackiem właśnie. Zabierałam ją ze sobą wszędzie w przenośnym odtwarzaczu CD. Myślę, że w dużej mierze to właśnie ta płyta ukształtowała moje gusta muzyczne. Nyman jest mistrzem, w każdym calu, a jego muzyka szarpie mną, rozrywa mi tętnice, pulsuje w gardle, rozpływa się na twarzy słoną plamą. Płytę ktoś mi podprowadził i teraz marzę o niej. Nie mogę złapać oddechu, pierwsze dźwięki tego utworu wyciągają ze mnie powietrze i do końca trzymają na bezdechu. Chyba obrazy które ukazują się poniżej są kwintesencją filmu. Głowna bohaterka jest niema, otwiera się przed światem używając instrumentu, ma córkę, zakochuje się i zdradza męża a ten wymierza jej potworną karę. Tylko nie wiem czy ona przez przypadek traci życie czy je sobie odbiera, bo jeśli to drugie to ja jej nie lubię jednak. Nie można zostawiać dziecka w taki sposób. Masochistycznie puszczam ten utwór w kółko żeby się porządnie wypłakać-już wyglądam jak panda, ale to nic. Dwa dni temu zadzwoniła do mnie Sylwia. S: Kasia, pamiętasz pewną naszą rozmowę? Jak marudziłyśmy, że nie jest dobrze? I powiedziałyśmy, że w końcu musi być lepiej, pamiętasz? I ja nastawiłam przypomnienie w telefonie ale nie wiem czy Ci o tym mówić. Za chwilę kończę dwadzieścia pięć lat. Nic nie rozumiem. Nie nadaję się do tego świata. Nie chcę nikogo widzieć w ten weekend. Miałam zorganizować jakieś przyjęcie ale jestem bez pieniędzy. Zepsuł mi się wyświetlacz w telefonie i ani nie odbieram smsów, ani nie mam dostępu do książki z numerami. Może i lepiej. Tęsknię za moją Córeczką. Popołudniami jakoś jest mało czasu na wszystko, a ja pragnę ucałować każdy jej mały paluszek. On niedługo wyjedzie stąd, i będę mogła wrócić do starego trybu życia.
sobota, 20 sierpnia 2011
..ewentualnie mogę uznać księcia z koniem. Wszystko marność. Ja marność, ty marność/ on/ona/ono marność. Mam kilka pytań. I żądam odpowiedzi. Bezwzględnie żądam. Chciałam gdzieś dojść i się zgubiłam. Teraz nie bardzo już pamiętam jaki był cel i dlaczego wtedy skręciłam w prawo a nie w lewo, i czemu potem zamiast iść na przełaj polazłam po skarpie. Jakbym się obudziła w środku przedstawienia. Sufler drzemie w swojej budce, moi towarzysze na scenie są mocno spięci a widownia wyczekująco wbija we mnie wzrok. To chyba oznacza, że czas na moją kwestię. Improwizuję. I najgorsze jest chyba to, że wszyscy o tym wiedzą. Wpadam w popłoch i chcę uciekać ale nie bardzo mam gdzie. Jakbym była na schodach Penrose’a.
czwartek, 11 sierpnia 2011
Tak, tak-wiem. Sama się w to wpakowałam. Ale przyznajcie mi choć w tym jednym rację-gdy dwoje ludzi decyduje się na „niezobowiązujące spotkania” to czy właściwym jest wchodzenie sobie w życie? Myślę, że nie. To w ogóle bardzo skomplikowane. Może zacznę się tłumaczyć od początku? Jestem sama. Jestem, nic na to nie poradzę. Jakiś czas temu kogoś poznałam. Zajętego ale interesującego. Pomyślałam „Czemu nie? Pożyczę..”. Dobra WIEM! Wiem jak to brzmi. Ale on tu, ona hen tam, a ja chciałam komuś pogotować ;) Wiecie co sobie pomyślałam? Że to taka hedonistyczna relacja. Mam z kim porozmawiać, mam z kim zjeść późną kolację gdy Mała śpi (kolację przed drzwiami bo do domu go nie wpuszczałam), i mam z kim wiadomo-co. A z drugiej strony mam gdzieś brudne skarpetki (jego) i cały ten kołowrót, który towarzyszy związkom. Nie chciałam go przywłaszczyć tylko.. hmm poobcować z nim. To dobre określenie. Oczywiście przez te kilka miesięcy sporo się zmieniło. Moje zawirowania z pracą i kasą-wybaczcie-działają na mnie destrukcyjnie. I choćbym nie wiem jak chciała, trudno mi jest wciąż nie rozmyślać nad sposobami wyjścia z impasu. Ktoś kto nie ma dziecka, którego egzystencja zależy głównie od niego nie zrozumie. Na ogół myślenie idzie mi sprawnie. Rozkładam na czynniki pierwsze, analizuje i wyciągam wnioski piorunem. Przy dużych problemach natomiast nie mogę uwolnić się od myślenia. I coś zaczęło się psuć. On chciał mnie na wyłączność, wtrącał się w mój wszechogarniający bałagan, oceniał. Jego odczucia są podobne. Coś się zmieniło i zaczyna go to irytować. Tak sobie myślę, że chyba wiem skąd bierze się dysonans. Mimo szczerych chęci nie do końca umiem funkcjonować na zasadach jakie wprowadziliśmy. Po takim czasie albo chcę faceta na stałe, na pełny etat albo nie chcę wcale. I nie godzę się na to, by taki ktoś, kto nie jest mój, kto nie JEST ale BYWA, oceniał mnie, sprawdzał i dociekał kiedy i gdzie jestem, denerwował się, że nie odbieram, nie odpisuję itp. Nienawidzę się tłumaczyć. Tłumaczyć się będę swojemu ślubnemu, który będzie ze mną dzielił życie, Nikomu innemu nie zamierzam. Wiem, że zanim cokolwiek się wydarzy musimy ze sobą porozmawiać. Odnośnie wczorajszej notki i komentarza pod nią-nawet gdybym była kurtyzaną-dlaczego odbierać mi prawo do posiadania lirycznego wnętrza? A teraz kilka pytań do: Krowo Niebiańska: czy Ty nie masz netu w tych górach? Poniżej prezent dla Was. Jedna z moich ulubionych miniatur fortepianowych Debussy'ego. A tak w ogóle to dziś spędzę popołudnie z Aś i K.W. w Piatto Bianco i będzie babsko. O!
środa, 10 sierpnia 2011
Jaki jest sposób na szybkie wyleczenie się ze skomplikowanej i beznadziejnej relacji z mężczyzną? Na początek warto wnikliwie poprzyglądać się swoim poprzedniczkom i użyć wyobraźni. Gdy osiągnie się poziom bliski zwrócenia obiadu powinno się strzelić pięćdziesiątkę czystej. Operacje z wyobraźnią powtórzyć. Dołożyć kolejną pięćdziesiątkę, wsiąść w taksówkę i ruszyć na spotkanie z nieznajomym. Zamykając za sobą drzwi od hotelowego pokoju i wyłączając telefon reagować naturalnie na nieswoje imię w ustach nieznajomego. Zatrzeć jego zapachem zapach tego pierwszego. Wybuchnąć oczyszczającym płaczem w drodze powrotnej. Wyrzucić przez okno kartę z tymczasowym numerem telefonu by nieznajomy nigdy nas nie znalazł. I jakoś to będzie. I niech szlag trafi tych wszystkich cholernych chłopów z ich popieprzoną roszczeniową postawą wobec kobiet. Nie wystarczy im to co dostają choć może w rzeczywistości powinni tylko o tym marzyć. Nie. Oni chcą więcej i więcej, nie dając nic w zamian bądź rzucając ochłapy. Popatrzcie na mnie-taka właśnie jestem. Taka jak widać. Bałaganiara, prześmiewcza, kurewsko sarkastyczna, z lekko zaburzonym poczuciem wartości. Czasem chce być pogłaskana, innym razem gryzę rękę która do mnie się wyciąga. Ot, taka ja. Prowadzę mniej więcej takie życie jakie chcę prowadzić. Otaczam się najdziwniejszymi ludźmi z powodów znanych tylko mi. Nie mam ochoty użerać się z rozkapryszonymi chłopcami, nie mam ochoty tłumaczyć się z każdego słowa, każdej minuty. Nie mam ochoty być oceniana. Toteż jeśli pozwoliłam komuś zajrzeć przez dziurkę od klucza do mojego świata, niech porusza się w nim ostrożniej niż wśród porcelany. Niech niczego nie przestawia. Niech zostawi kurz tam gdzie leży, to wspomnienie.. Niech zostawi po sobie jakich piękny drobiazg. Niech mi niczego nie zabiera. "Głęboko wewnątrz płaczesz, płaczesz, płaczesz...
sobota, 06 sierpnia 2011
Przeczucia, uczucia, rozczulenia. Jeden telefon który burzy mój cały pozytywny dzień. Jedna bezwzględna osoba, która bez ogródek miesza mnie z błotem, bo wydaje się jej, że ma do tego prawo. Dwie godziny płaczu i moja samoocena dochodzi do pionu przez dwa dni. Przyjechałam na wieś. Śmiesznie to brzmi bo ZG to również wieś. Ale teraz jestem w domu rodzinnym. Mama skutecznie żongluje moim nastrojem, dawkując mieszankę komplementów i krytyki. Zrobiła mi piękny prezent-kupiłyśmy nową bieliznę. Nie taką sobie zwyczajną. To jest taki sklep bieliźniarski gdzie właścicielka jednym rzutem oka ocenia trafnie mój rozmiar. Bez względu na to jak usilnie chowam biust w ramionach. 75G mówi bezlitośnie i podaje mi kilka par pozszywanych namiotów. Niestety pasują idealnie a ja znowu czuję się jak dojrzewająca nastolatka. Kolor ma to to leciutko różowy i nawet nieźle wygląda. Cena mrozi mi krew w żyłach, ale mama płaci. Wkurza ją mój wygląd, zaniedbany miesięcznym siedzeniem w domu. Jestem jej wdzięczna chociaż nie umiem tego okazać bezpośrednio po wyjściu ze sklepu. Właścicielka za kotarą tłumaczy jej, żeby mi nie docinała, że się garbię, bo to potęguje… Stratytaty. Baba nie jest w stanie uwierzyć, że mam 25lat. Daje mi max 20. No tak, bez makijażu, w powyciąganych ciuchach i z buntowniczą miną mogę wyglądać na mniej.
środa, 27 lipca 2011
Sprzeczne we mnie wszystko. Chcę i nie chcę jednocześnie. Nie wiem czy warto chcieć, Szarpać się z uczuciami. Dziś miałam z Nim trochę napięty dzień. Nie wiem czy to ta pogoda, czy niedomówienia, czy brak wspólnej przestrzeni. Może wszystko naraz? Potrzebuję żeby mnie ktoś ukołysał. Przytulił, pogłaskał po włosach, obiecał, że jestem bezpieczna, o nic nie pytał, niczego nie chciał, tylko był. Czasem są takie dni. Chodź, chodź.. weźmy się za ręce i siedźmy tak. Nie pytaj mnie o nic. Daj mi pomilczeć. Jestem taka mała w tym zamieszaniu. Nie każ mi rozumieć. Nie chcę rozumieć. Bea wracaj i chodź na kawę. m17 a Ty gdzie jesteś? Ty też chodź na kawę. Chodźcie, muszę poobcować z innymi kobiecymi kobietami. Porozkładamy się na części pierwsze z delikatnością z jaką motyl muska skrzydłami powietrze. A potem ułożymy się na nowo. Tak trudno jest mówić. Łatwiej pisać. Nie lubię prostych rozwiązań. I jaki ona ma łądny tekst... "Przychodzę by Cię spotkać, powiedzieć, że jest mi przykro
|