|
A może by tak zrobić wymianę? Może chcecie dać mi coś w zamian? Trochę smutków, kamyków słów, bibułek wspomnień, kilkanaście uśmiechów na tydzień? Zapraszam...zielonykasztanek@gmail.com
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
piątek, 18 maja 2012
Dryfuję.
Niech spadnie deszcz. Tu, we mnie. Niech zapachnie ziemią. Czymś żywym, nareszcie...
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Zaraz będę tu nazwana nieczułą, podłą i coś tam jeszcze.. Ale przeszło mi :) Żyć żyję, oddychać oddycham, nie smęcę. Może więcej palę, ale cóż mogę na to poradzić. Leń mnie dopadł i nie chce mi się nic, a tu, mili moi, wielkimi krokami zbliża się urodzinowe party dla Tusi. Dokładnie w dniu wczorajszym, o godzinie 20:20 minęło równiuśko pięć lat, odkąd Mała jest na tym nieboskim padole. Ponieważ miałam akurat zjazd na uczelni to imprezę niespodziankową zaplanowałam na najbliższą niedzielę. Co prawda zjazd był tylko pretekstem-przyznacie, że świetnym.. Przerażeniem mnie napawa sama myśl o gościach u mnie w domu. Jeśli natomiast dorzucę informację, że na imprezie poza ciociami i wujkami będzie moja mama, niedoszła teściowa oraz Współwłaściciel Szanowny Dziecka to może zrozumiecie dlaczego zapieram się wszystkimi kończynami i przesuwam datę imprezy. Niestety wiecęj przesunąć się jej nie da. Jakbym miała mało to postanowiłam zrobić szybką akcję odnawiania domu pod nieobecność dziecka (bo ściany farby nie czuły od trzech lat bez mała..). I tak na piątek wieczór zwala się do mnie towarzystwo z roku, z wałkami i farbami (liczą na jakieś przyzwoite jedzenie, więc dochodzi mi gotowanie). Na sobotę rano mam przewidziane nakładanine tapety u Młodej w pokoju. Po południu może wpadną dziewczyny i odwalimy kosmetykę (czyli m.in. wycieranie kurzy oraz dmuchanie i wieszanie 200różowo-różowych balonów). W niedzielę party, a potem w planach mam solidnego kielicha, coby odreagować całą tę szopkę. Znieczulać się mam zamiar już od piątku, choć mam pewne obawy co do jakości odnawiania pod wpływem procentów. Nic to. Wracam do swojej pracy (nowiutkiej i bardzo, bardzo fajnej, ale o tym kiedy indziej).
piątek, 06 kwietnia 2012
"Catherine doszła do punktu, w którym pojęła coś ważnego. Bez smarowidła w postaci miłości nie da się ciągle pożądać tej samej osoby. Nieważne, jak wspaniała byłaby z nią rozkosz. Miłość jest uzupełnieniem smaru w maszynerii pożądania. Jeśli nie istnieje, trzeba iść do przodu, zanim nieoliwiona maszyna stanie ze zgrzytem i łoskotem." Alchemia pożądania. Tarun J. Tejpal
środa, 28 marca 2012
"Jeszcze oczy ci rozjaśnia Taaaak. Wróciłam :) Się skończyło. Tak jak się zaczęło.
Cześć Wam.
czwartek, 02 lutego 2012
"Umrzeć - tego nie robi się kotu. I żadnych skoków pisków na początek."
sobota, 14 stycznia 2012
Właśnie tak.. Może się w końcu uda. Do końca. Rozpływam się przy Nim. Kompletnie nowa jakość relacji, uczuć, rozmów, bycia.. Wpadłam po uszy. Z pełnym spokojem, bo co złego może się nam przydarzyć? Mimo iż znam go całe swoje życie jest dla mnie kompletnie nowym człowiekiem. I kocha mnie! Kocha, kocha, kocha…
Kocham.
wtorek, 03 stycznia 2012
Dwanaście godzin pracy ciągiem. Właśnie skończyłam i w gruncie rzeczy powinnam być zniechęcona do komputera. Ale tu teraz tak fajnie. Nosowska skrzeczy, miałczy i mruczy. Papieros dogasa (Tusi nie ma). Ciemno i ciepło.
.."gada woda i sitowie, że my mamy się ku sobie"....
piątek, 23 grudnia 2011
Jeszcze jest za wcześnie bym się uspokajała. Nie dla mnie związek z rozsądku. Niech jeszcze coś poczuję. Niech mnie szarpie. Niech zapłonę. Niech się stanie... [Kocham tę dziewuchę. To, co się dzieje od 4: 52 to jest koniec. Na drobne kawałki mnie rozpieprza. Oiecką uwielbiam za teksty ale dramaturgia którą stworzyła Nosowska mnie zniszczyła.]
niedziela, 27 listopada 2011
poniedziałek, 07 listopada 2011
Wiatr wiejący mi w plecy przygiął je do ziemi. Ramiona mam takie ciężkie. Zmęczenie. Ale zupełnie nowe. Głowę mam lekką, uśmiecham się do swojego domu, rozdrażniona bywam, ale rzadziej. Tylko jeszcze głupota ludzka czasem mnie rozpala. Mam ochotę naprawić świat cały. Idiotka. Kto dziś tego potrzebuje?
poniedziałek, 24 października 2011
Szapocznikow mnie wzrusza niezmiennie. Pobudza wyobraźnię. I kolejny przykład tego jak docenia się wybitnego artystę. Długo po jego śmierci.
"Lampy - usta" abażury Aliny Szapocznikow,ok. 1966 r. Fot. Charles de Borggraef
środa, 05 października 2011
niedziela, 25 września 2011
sobota, 24 września 2011
Dziś był ten poranek. Ten wymarzony, wyczekiwany, pierwszy. Wsiadłam rano na rower, okręciłam się różowym szalem, założyłam granatowy płaszcz i ruszyłam po razowca na śniadanie. Słońce nieśmiało wyciągało promienne ramiona do ziemi, chłód poranka różowił mi policzki gdy wtem ! poczułam zapach pierwszego dymu z komina. To z tego malutkiego domku, gdzie rosną spóźnione słoneczniki. Ruda przeleciała 3metry przed moim kołem. Wszechogarnia zapach liści. Mam ochotę położyć się na ziemi i wdychać ten zapach. Marzy mi się piękny, gruby brulion. (widziałam nową kolekcję moleskine, ehh..) Zaczynam nowe. Czuję w sobie siłę, pęd do zmian, na lepsze. Pragnienie nowej jakości życia. Wytłumiłam ciemną stronę, łapię wiatr w żagle. Zaczynam doceniać te elementy codzienności, na które spuściłam ostatnio zasłonę obojętności. Blask Tusiakowych włosów pod szczotką(dokładnie takich samych jak moje), miękkość bluzki zakładanej na nagie ramiona, sprężystość skóry, smak herbaty, napięcie mięśni, zamyślone pojrzenie dziecka za oknem, zapachy, dźwięki, obrazy. Codzienność nigdy jeszcze nie miała dla mnie tylu odcieni.
poniedziałek, 19 września 2011
Spadają liście, wszędzie pełno żołędzi a ja szukam kasztanów. Drzewa chorują, troche jak ja ostatnio. Ale czuję, że nadchodzi lepszy czas. Jesień zbawczo na mnie wpływa. Dziś jadąc na rowerze przez alejki zasypane liśćmi poczułam, że jest mi dobrze. I znalazłam kasztan. Z kolcami. Był na pół rozłupany, toteż przy niewielkim wysiłku wyłuskałam idealnie gładki, chłodny, brązowy kształt. I jechałam z nim w dłoni, uśmiechając się do siebie. Zmarzłam i zapragnęłam ciepłej zupy. Moja kuchnia jedynie wie, jak dawno nie gotowałam zup. Jeśli tak jak ja, macie ochotę na gorącą, rozgrzewającą gęstą zupę-krem to dzielę się poniżej dzisiejszym pomysłem. Z tego co miałam pod ręką. Wyciągamy rosołowe, wrzucamy do garnka i zalewamy wodą. Gotujemy. Gdy woda zrobi się gorąca wsypujemy sól. [KAŻDY powinien mieć rosołowe w domu. ZAWSZE :P A jeśli nie ma to zakupuje kawałki kurczaka, tłuste. Ja wybieram korpusiki na wywar.] Jak się mięsko zacznie rozpadać wyławiamy je i na to konto wrzucamy obranego, pozbawionego pestek i pokrojonego w kostkę kabaczka, pokrojoną w grubą kostkę cebulę, i dwa ząbki czosnku. Czekamy aż kabaczek porządnie zmięknie. Wyławiamy, wrzucamy do blendera, miksujemy z 150ml wywaru. Dorzucamy łyżkę masła (można pominąć) i kostkę serka topionego (tego co to ciężko go wyjąć z papierka). Przelewamy z powrotem do pozostałego w garnku wywaru (który radośnie bulgocze na małym ogniu). Następnie do blendera wrzucamy zawartość puszki z pomidorami. Miksujemy, dodajemy do garnka z kabaczkiem i spółką. Trzeba zagotować całość. Dodajemy pieprz, paprykę ostrą (ale nie chilli, zaufajcie mi), imbir (jeśli mamy por ręką świeży to ścieramy go odrobinę, tak z 2-3mm, jeśli mamy sproszkowany to wrzucamy solidną szczyptę ;) ),pół małej łyżeczki cukru, próbujemy i dodajemy co nam się podoba. Mi najlepiej takie zupy smakują w kubku z grzankami.
piątek, 16 września 2011
Tuśka zjadła już ze smakiem swoją kaszkę. Zrobiłam sobie kanapkę. Z żółtym serem. Polałam ketchupem. Niam niam..
niedziela, 11 września 2011
Potrzebuję na gwałt około dziewięćdziesięciutrzech kilogramów gliny rzeźbiarskiej. Może być już ukształtowana.
Kurwa. Trochę tęsknię.
sobota, 10 września 2011
Układając głowę na wieczornej poduszce, wypełniałam się dobrą myślą. Planowałam dzień następny z zapałem i polotem. Czarną satynę snu, która miała przynieść ukojenie i wypoczynek poprzecinała bezsenność. Obudziłam się po dwóch godzinach zmęczona. Czekałam patrząc na zegar. Przeszłam przez zagraconą kuchnię do łazienki, w której wanna i umywalka oślepiły mnie na wstępie perfekcyjną bielą. Jak już coś robię to musi być idealnie. Fokusuję się na tych elementach i to przynosi mi spokój. Staram się nie dostrzegać bałaganu poza łazienką. Od trzech dni jadam śniadania. Razowy z soją, prawdziwe masło (83%), pełnotłuste do kawy. Centralnym elementem domu stała się kanapa. Jest nienasycona. Ledwo dotknę jej swoim ciałem-już otacza mnie, wchłania, kusi poduszkami, daje sen. Ołowiane ciało i umysł dają się łatwo złapać. Ruda codziennie przed ósmą przebiega mi drogę. Zatrzymuje się na chodniku, chwilę mierzy mnie i Tuś. Potem wskakuje na furtkę, rzuca drwiące spojrzenie machnąwszy kitą nad tabliczką „UWAGA ZŁY PIES” i znika. Zazdroszczę Rudej.
piątek, 09 września 2011
popadła znów w swoje wegetatywne istnienie; nie sięgała wzrokiem poza ten ciasny horyzont, Tyle tygodni, miesięcy, tylelattyle.. Podstępna choroba. Leczona epizodycznie. O-bja-wo-wo. "Zmieniłaś się". Sinusoida.
środa, 31 sierpnia 2011
wtorek, 30 sierpnia 2011
Mimo silnej presji społeczeństwa w gruncie rzeczy jestem chyba jednak grzeczną dziewczynką i czas się do tego przyznać. Bezsenność przetrzymała mnie do pierwszego porannego promyka, który przedzierał się przez zasłonięte okna. Gdybym była niegrzeczną dziewczynką, to o drugiej nad ranem nie odmówiłabym porządnego zaciągnięcia się specyfikiem, który zazwyczaj mnie usypia zamiast pobudzać. Telefon mi się zepsuł, budzik nie zadzwonił, dziecko prawie się spóźniło do przedszkola.. Prawie bo w efekcie wcale do niego nie dotarło. Samochód stoi sobie grzecznie na kapciu, a koło zapasowe spuściło z siebie powietrze, nie uprzedzając mnie o tym. Grzeczna dziewczynka zaklęła na to siarczyście, wyciągnęła dziecko z samochodu i miętusa z paczki. Dziecko wsadziła do domu a miętusa do ust i zaciągnęła się bez przyjemności. Poniedziałek. Nowy tydzień czas zacząć. Si-wi sobie powysyłam, a co. Niech mam.
sobota, 27 sierpnia 2011
Miałam się zabarykadować w domu i nosa nie wystawiać. Udawać, że umarłam i że mnie nie ma. Ale tak się strasznie zezłościłam sama na siebie, na to moje skamlenie, marudzenie, narzekanie, wyjcowanie itp. bez rozsądnej przeciwwagi, że położyłam w środku dnia Tusialindę spać i zaraz ją budzić będę, bo w planie jest siedzenie na Saskiej i podpatrywanie stadionowych iluminacji podlewane sokami i napojami gazowanymi. Kanapki z nutellą będą też. I na znak, że mi się humor przestawił na kompletnie inną stronę to ja zostawiam muzyczny kawałek kompletnie nieklasyczny i małosmyczkowy. Niedżezowy. I to nie o słowa chodzi, tylko o tych chłopaczków. Jak ja bym chciała mieć naście lat i ten luz w oczach TU
piątek, 26 sierpnia 2011
Ciężko jest pisać pod wpływem silnych emocji i wzruszeń ale postaram się. Muszę tylko postarać się pozbyć obrazów które mam przed oczyma.. Mówiłam już o tym, że muzyka ma na mnie niesamowity wpływ. Może dowolnie zmieniać mój nastrój, śmiech przemieniać w łzy, refleksję w chwile ekspresyjnych szaleństw. Dziś zostawiam Wam utwór, który jest częścią soundtracku do filmu Jane Champion z 1993 roku. Mam na myśli „The piano”. Przyznam się Wam do czegoś, do czego jeszcze się nie przyznałam nikomu-nie widziałam tego filmu. Dostałam kiedyś płytę z soundtrackiem właśnie. Zabierałam ją ze sobą wszędzie w przenośnym odtwarzaczu CD. Myślę, że w dużej mierze to właśnie ta płyta ukształtowała moje gusta muzyczne. Nyman jest mistrzem, w każdym calu, a jego muzyka szarpie mną, rozrywa mi tętnice, pulsuje w gardle, rozpływa się na twarzy słoną plamą. Płytę ktoś mi podprowadził i teraz marzę o niej. Nie mogę złapać oddechu, pierwsze dźwięki tego utworu wyciągają ze mnie powietrze i do końca trzymają na bezdechu. Chyba obrazy które ukazują się poniżej są kwintesencją filmu. Głowna bohaterka jest niema, otwiera się przed światem używając instrumentu, ma córkę, zakochuje się i zdradza męża a ten wymierza jej potworną karę. Tylko nie wiem czy ona przez przypadek traci życie czy je sobie odbiera, bo jeśli to drugie to ja jej nie lubię jednak. Nie można zostawiać dziecka w taki sposób. Masochistycznie puszczam ten utwór w kółko żeby się porządnie wypłakać-już wyglądam jak panda, ale to nic. Dwa dni temu zadzwoniła do mnie Sylwia. S: Kasia, pamiętasz pewną naszą rozmowę? Jak marudziłyśmy, że nie jest dobrze? I powiedziałyśmy, że w końcu musi być lepiej, pamiętasz? I ja nastawiłam przypomnienie w telefonie ale nie wiem czy Ci o tym mówić. Za chwilę kończę dwadzieścia pięć lat. Nic nie rozumiem. Nie nadaję się do tego świata. Nie chcę nikogo widzieć w ten weekend. Miałam zorganizować jakieś przyjęcie ale jestem bez pieniędzy. Zepsuł mi się wyświetlacz w telefonie i ani nie odbieram smsów, ani nie mam dostępu do książki z numerami. Może i lepiej. Tęsknię za moją Córeczką. Popołudniami jakoś jest mało czasu na wszystko, a ja pragnę ucałować każdy jej mały paluszek. On niedługo wyjedzie stąd, i będę mogła wrócić do starego trybu życia.
sobota, 20 sierpnia 2011
..ewentualnie mogę uznać księcia z koniem. Wszystko marność. Ja marność, ty marność/ on/ona/ono marność. Mam kilka pytań. I żądam odpowiedzi. Bezwzględnie żądam. Chciałam gdzieś dojść i się zgubiłam. Teraz nie bardzo już pamiętam jaki był cel i dlaczego wtedy skręciłam w prawo a nie w lewo, i czemu potem zamiast iść na przełaj polazłam po skarpie. Jakbym się obudziła w środku przedstawienia. Sufler drzemie w swojej budce, moi towarzysze na scenie są mocno spięci a widownia wyczekująco wbija we mnie wzrok. To chyba oznacza, że czas na moją kwestię. Improwizuję. I najgorsze jest chyba to, że wszyscy o tym wiedzą. Wpadam w popłoch i chcę uciekać ale nie bardzo mam gdzie. Jakbym była na schodach Penrose’a. |