Każde wzniesienie, wystający korzeń drzewa, pochylona kładka nad wodą, dzieci z sąsiedztwa biegające z wielkimi kijami, wyboje, samochody, choroby..
Wraz z przyjsciem na świat naszych pociech, do codzienności życia wkraczają lęki. Im dziecko jest większe tym większy strach, tym mniej czasu spędza pod naszym całkowitym nadzorem, zaczyna się przedszkole, szkoła, wychodzenie z innymi dziećmi.. gdzieś.
Przyjechałam po Tusiaka, nie dała dotknąć się do dłoni. Czerwona, bolesna wysypka. Kurwię w myślachi podejrzewając różyczkę biegniemy do lekarza. W drodze przypomina mi się, jak kiedyś miałam taka wysypkę, bardzo bolesną. Już, już.. powoli rodzi się we mnie nadzieja. Zaczynam wszystko analizować. Pani doktor potwierdza moje przypuszczenia-alergia! Tusia miała dziś nowe, wydziergane przez moją mamę rękwiczki. Pół godziny wystarczyło by wywołać reakcję alergiczną. Szybka wizyta w aptece, maść na rączki, w głowie plan wymoczenia tych łapek w ciepłych płatkach owsianych a w piersiach olbrzymia ulga.
Dziwne, mama zrobiła mi w zeszłym tygodniu takie same rękawiczki, i nie mam alergii. Może jestem już za mocno posunięta w latach.
Moja wybujała i niedopieszczona ambicja, która jeszcze bardziej się wypaczyła przez przerwanie studiów kwiczy z radosci. Jak tylko pomyślę o tych zarwanych wieczorach, pełnym poświęcenia dążeniu do dopiecia wszystkiego na ostatni guzik.. Ehh.. Tak. Wiem. Jestem chora psychicznie :)
Ale najbardziej podniecająca jest w tym wszystkim magiczna przepustka, dzięki której mam dostęp do strefy zamkniętej, w której na każdym kroku można spotkać seksownych (i mniej seksownych) panów w mundurzach :)))
To teraz już wiecie jak mniej więcej wyobrażam sobie niebo.