O tym czego nauczyła mnie samotność.
Samotność w pojedynkę jest do oswojenia. Samotność we dwoje wypacza i zżera od środka. Kochałam tatę Anastazji. Może była to trochę wyimaginowana miłość, wykreowana przez moją podświadomość na potrzeby sytuacji. Ale kiedy miłość umierała bolało tak samo mocno, chociaż był to już zupełnie inny rodzaj miłości. Żyłam mimo to. „Można żyć bez powietrza..” recytowałam w myślach. Kiedy już wszystko się skończyło, a mimo to żyliśmy dalej razem, pod jednym dachem, zaczęłam skupiać się na tym czego mi najbardziej brakuje w tej relacji. Ciepła, zrozumienia, poczucia bezpieczeństwa, intymności a może czułości? Najbardziej tęskniłam za tym by móc zjeść z nim śniadanie, by porozmawiać, by coś sobie poopowiadać, by poczuć bliskość fizyczną i psychiczną drugiego człowieka. Ale jak to do cholery osiągnąć? Jeśli miłość się kiedyś kończy, chemia przestaje działać, to co dalej? Zrozumiałam, że to nie miłość, a przyjaźń jest wieczna jak trawa. Na całe życie chcę być ze swoim przyjacielem. Po latach, gdy fascynacja cielesnością przygasa, chcę mieć o czym porozmawiać z człowiekiem z którym zdecydowałam spędzić życie. Nie chce siedzieć wieczorami w miażdżącej ciszy, grzana tylko kubkiem herbaty. Przyjaźń jest nieśmiertelna, przyjaźń umie słuchać, umie wybaczać, przyjaźń w końcu nigdy nie jest jednostronna.